Agnieszce, rzecz jasna, oraz trochę Ufce :)
Kuchenny kredens doskonale nadaje się na zimowe schronienie. Mieszczą się pod nim i hamaki pajęczynowe i poduszki z jesiennej mgiełki, a nawet kilka kolorowych liści. Wszystko, czego trzeba, by przetrwać do wiosny, gdy znów będzie można latać po świecie rozsiewając srebrny pył ze skrzydełek.
Spod kredensu widać przede wszystkim nogi. Wiadomo więc dokładnie, kto jakie nosi kapcie, a komu za ciepło i biega w samych skarpetkach, albo na bosaka. Wiadomo, kto lubi tupać, a kto stawia kroki lekko, jakby ledwie muskając podłogi. I kto najczęściej odkurza tym ogromnym brzęczącym sprzętem, który nawet w podkredensowe zacisze zapuszcza swoją długą mackę. I chciałoby się wtedy uciekać i krzyczeć ze strachu, ale nie można, bo przecież rolą siedzących tam jest słuchać i patrzeć, ale nie hałasować czy wychylać się. Być tak, jakby się wcale nie było.
Spod kredensu widać wyraźnie, że nóg jest osiem, zamiast dziesięciu. I słychać rozmowy toczone przy stole.
- Gdzie jest Chłopczyk S.? – pyta głos Panny T. tonem zdradzającym, że dobrze zna odpowiedź.
- No, gdzie? – podejmuje Pani Łyżeczka.
- Z dziadkami, w górach – spieszy usłużnie Panna Ł. – Przecież codziennie o to pytasz.
- Tak, ale ja tak tęsknię...
Pod kredensem rozlega się szmer zrozumienia. Nikt z zebranych przy stole jednak nie reaguje.
* * *
Czasem ktoś zagląda i w tę przystań spokoju, najczęściej, gdy czerwona kredka potoczy się za daleko. Wówczas z dołu widać najpierw stopy (bez kapci), potem kolana, dłonie i wreszcie duże niebieskie oczy. Drobna dłoń sięga głęboko, ale nie wyjmuje kredki, tylko dłubie pomiędzy zielonymi deskami podłogi...
- Mamusiu, zobacz, co znalazłam! – woła uradowana Panna T. – Masz może jakieś pudełko?
- Pudełko? Dobrze, tutaj mam. A co chcesz tam schować?
- Zobacz – Panna T. wyciąga rączkę z tajemniczym przedmiotem.
- O, biedronka! – Woła Panna Ł. zaglądając siostrze przez ramię. – Zupełnie nieżywa!
- To czekaj, weźmiemy chusteczkę, zawiniemy ją i dopiero włożymy do pudełka.
Nogi Panny T. dyndają nad podłogą. Siedzi ona wpatrując się w swój skarb.
- Zupełnie tego nie rozumiem –mówi wreszcie. – Jestem taka szczęśliwa, że moja biedronka ma swój domek. Jestem taka szczęśliwa, a chce mi się płakać. To przecież niemożliwe!
I chowa zalaną łzami twarzyczkę w maminy rękaw.
- Możliwe – uspakaja ją Pani Łyżeczka. – Czasem ludzie tak bardzo się cieszą, że aż płaczą.
- A ja będę płakać ze szczęścia, jak już Chłopczyk do nas wróci – zapowiada całkiem poważnie Panna Ł.
Spod kredensu dobiega cichutkie pociąganie nosem, ale w kuchni życie toczy się jakby nigdy nic.
* * *
Pewnego poranka snop światła, wdziera się do kryjówki pod kredensem. Po chwili zaś wtacza się tam coś czarnego i warczącego. Nie jest to odkurzacz.
- Ciucium! Ciucium zii! – rozlega się tuż przy głowach mieszkańców tego miejsca. Ogromne ciemne oczy zaglądają pod kredens, a mała łapka Chłopczyka S. próbuje sięgnąć utraconą lokomotywę. – Ciucium kik!
Już wkrótce czyjeś usłużne dłonie podsuwają ją w rączki Chłopczyka. A on łapie swój pojazd i odbiega nie pytając, kto mu pomógł. Tak jest najlepiej, niech nikt nie wie, kto tam mieszka zimową porą.
* * *
Tylko wieczorami, gdy lampa nad stołem rozsiewa drobne plamki na ścianach i suficie, a z dzbanka pachnie jaśminowym naparem, tylko wówczas atmosfera pod kredensem ożywia się znacząco. Ktoś się przeciąga, ktoś próbuje pląsać, skądś pada propozycja, by wyjść na stół i powąchać z bliska ten cudowny napar. I posłuchać tej muzyki, która sączy się z głośnika i jest delikatna i zwiewna, jakby przeznaczona specjalnie dla nich.
Pani Łyżeczka siedzi spokojnie na kanapie, coś tam skrobie piórem po papierze. Niby nic nie widzi i nie słyszy, ale nagle uśmiecha się do siebie i szepce cichutko
- Kochane jesienne wróżki. Jak to dobrze, że znów u nas mieszkacie.



