Panna T. przyszła do mnie z miną cokolwiek skruszoną.
- Sama włączyłam kuchenkę pod patelnią – wyznała cicho.
Kuchenka jest elektryczna, więc nie dostałam zawału, ale nie omieszkałam jej przypomnieć, jaka jest między nami umowa: kuchenkę włącza Panna T., ale pod okiem dorosłego. Moja córka pokajała się odpowiednio, a potem wytłumaczyła:
- Bo ja chciałam zrobić ci omlet.
Na omlety specjalnej ochoty nie miałam, ale skoro dziecko mi zrobiło, nie odmówię przecież. Omlet wprawdzie trącił jajkiem, ale nie był najsmaczniejszy. Prawdę mówiąc, był obrzydliwy. To dlatego, że gdy już znalazł się na patelni, Panna Ł. zapytała dociekliwie:
- A posoliłaś go?
I Panna T. posoliła. Uznała, że kilka łyżeczek białych grubych kryształków posypanych po wierzchu powinno wystarczyć. Zjadłam bohatersko, wspominając własnych rodziców, którzy pewnego zimowego dnia byli zmuszeni zjeść papkę ziemniaczano-dżemową, nazywaną szumnie knedlami. Urobiłyśmy się z siostra po pachy przy tych knedlach, tylko nie doczytałyśmy, że należy je wrzucić do gotującej wody. Efekt był oczywiście opłakany, ale dorośli dzielnie przeszli przez tę próbę.
Teraz przeszłam i ja.
* * *
Kiedy weszłam do kuchni, Pan Łyżeczka skręcał regały. Chłopczyk S. nie poszedł nawet spać w południe, bo zajęty był bardzo trzymaniem mu śrubek.
- Pomagam tacie ciężko – oświadczył wzdychając z dumą.
- Mogę popatrzeć? – spytałam naiwnie.
- Idź sobie, my tu pracujemy.
No to poszłam. Nie będę się przecież mieszać w ich męskie sprawy.
* * *
A idąc tak sobie pomyślałam o tym momencie, gdy wyprowadziłam się z domu rodzinnego i założyłam własny. Jak bardzo wtedy cieszyłam się zyskaną niezależnością i jak bardzo mi się wydawało, że teraz wszystko ode mnie zależy! Że nareszcie będę mogła żyć tak, jak sobie wymyślę i robić to, na co będę miała ochotę.
I co mam teraz? Karmią mnie przesolonymi omletami, nie pozwalają przebywać w mojej własnej kuchni, a czasem nawet – śpiewać.
Myśląc o tych ograniczeniach przypomniałam sobie o moich dziadków. Oni przyjmowali wszystko, co im życie przyniosło tak po prostu, bo tak trzeba. Tak jest świat urządzony, takimi kieruje się prawami i nie można więcej wymagać. Jeśli się im podporządkować, można całkiem szczęśliwie żyć. Nie widziałam w nich nigdy buntu czy nieograniczonego dążenia do realizacji własnych pragnień. I byli spokojni, spełnieni, pewni drogi, po której szli.
My już tego nie mamy. Nam się wydaje, że możemy całe życie ustawić pod siebie, a wtedy osiągniemy szczęście. I coraz bardziej jesteśmy niespokojni, coraz bardziej sfrustrowani, że czasem trzeba było zmienić plany, że ktoś nam ingeruje w nasz poukładany od dawna świat.

Dobrze, że są dzieci. One przypominają, że ta odrobina szaleństwa, która pomaga zgodzić się na inne rozwiązania niż nasze własne – ona właśnie pozwala nam nie zwariować.